Gargano, Gargano przez las

 

Właśnie oficjalnie zakończył się sezon letni. Dziś poczułam to wyjątkowo mocno, kiedy odwiedziłam jak zwykle moją ukochaną plażę Cala Fatente. Dziś była wyludniona jak nigdy. Brak regularnych rzedów kolorowych parasolek, a przede wszystkim zamknięty plażowy bar, szczelnie zawijany dziś jak cukierek, jakims zielonym ochronnym materiałem, sprawiło, że poczułam nieuchronnie zblizaljacą się zime, której ewidentnie nie kocham. Tak więc wygrzewając się na pustej plaży, zrobiłąm małe podsumowanie mojego pierwszego lata na włoskiej ziemi i dotarło do mnie, że zaniedbałam totalnie mój pomysl bloga. Włoskie lato, pochłonęło mnie kompletnie. Zapadłam się totalnie w rozlewajacym się słońsu, odkrywaniu włoskich potraw, smaków, całkiem nowych warzyw, owoców oraz ahami i ohami nad widokami, zabytkami i prawdziwie antycznymi sadami oliwnymi na nieziemsko rudej ziemi.

Tak więc reflektuje się i teraz przez kilka kolenych postów tematem będzie tylko summer time w słonecznej Italii.

Tygodniowe wakacje 2018 przybrały kształ nastepujacy: mężczyzna, cziłała, zatankowany na full kamper, kierunek Gargano.

Trip jak na włoskie wakacje przystało wypadał w sierpniowy, w narodowy holliday time zwany tu Ferragosto. Wszedzie miliony ludzi, wakacjowiczów, nie tylko z Włoch ale i z całej Europy. Setki kamperów na każym kapingu, parkingu, stacji benzynowej, skrzyżowaniu i serpentynie ciagnącej się skarajem skarpy. Najabardziej wypaśne są te francuski i niemieckie. Podczas tankowania poznaliśmy farncuzów, w niesamowitym somochodo-domu, zbudowanym w starym niemieckim wozie policyjnym. Total hand made, zrealizowany w dwa miesiące. Zbudowali i pojechali 🙂 Prawdziwe wow, wcześniej widziałam takie cudeńka tylko na pintereście 🙂

Tak więc, przemierzyliśmy Garano eksplorując linie Brzegową w poszukiwaniu odludnionych miejsc albo przynajmniej parkingu jak najblizej natury, gdzie nie słychac italodisco oraz przesterowanego glosu konferancjera probujacego zachecić doroslych i dzieci do wspólnej zabawy. Nie było łatwo, ale udało się.

Pierwszy przystanek mieliśmy przy Spiaggia di Saint Felice uznawaną za jedną z piękniejszych plaż w Gargano. Dojechaliśmy wieczorem i za 20 euraków stróż pozwolił nam rozbić się na opuszczonym kempingu, gdzie każdego skrzyżowania między domkami, pilnowało puste krzesło. Kompaliśmy się noca przy blasku księżyca. Rano dopiero zobaczyliśmy plażę, która okazała się zjawiskowo piękna. Werżnięta między skałami kameralna zatoczka z piaskową plażą. Bardzo kliamtyczna. Górą, na skraju skarpy wiła się szosa, na która musielismy wrócic by jechać dalej. Jadąc tak ponad morzem, plażami, i pojawiającymi się co jakiś czas trambuko, zwiedziliśmy również po drodze Vieste i Peschici. Oczywiście pełne turystów ale też uroczych typowych włoskich uliczek, lokalnych knajpeczek, a wszystko w wyczynowych, stromych podejściach i zejściach, bo obydwa miasta były umiejscowiaone na szczycie linii brzegowej, samym rożeczku skarpy. Nagrodą za wdrapanie się na szczyt miasteczka, gdzie zwykle czekał kościół, były nieziemskie widoki. Opylało się 🙂

Kolejne parkingi miliśmy na kampingu przy plaży San Nicola, w pobliżu której zjedliśmy włoską kolację w oryginalnej restauracji Trambuko, oraz przy przepełnionej ludźmi plaży Marina Beach di Peschici. Tu też mieliśmy szczęście znalęźć prywatny malutki kamping przy prywatnym domu, gdzie ustawiliśmy nasz zupełnie przeciętny camper w niecodziennej zieloności uprawianych przez właścicieli mikro plantacji ziół, właśnie owocujących fig, limonek i bananowców. Niedaleko też znalęźliśmy zakamufowaną malutką plażę Baia Jalillo, do której przejście prowadziło między skałami. Polubiłam ją bardzo, bo była wyjątkowo kameralna z niewielkim barem plażowym i cała masą złotych myśli i cytatów pozapisywanych na każdej zindustrializowanej części plaży. Cukiereczek.

Po tygodniu trzeba było wracać. Niechętnie więc zebraliśmy nasz kamperowy majdan i obdarowani dwiema siatami swiężych fig zawróciliśmy w strone naszego Bari, po drodze odwiedzając jeszcze Foresta Umbra i Monte Sant’Angelo, gdzie kupiliśmy gigantycznych rozmiarów chleb. Podobno to jakiś tradycyjny znany włoski wypiek. Dowiem się 🙂 Tak czy siak z kulinarnych sprawek po powrocie zrobiłam pyszny dżem z fig i rumem. Przepis w następnym poście.

No Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Search